Assassin’s Creed – recenzja filmu

Assassin’s Creed to seria, która doczekała się już mnóstwa gier, książek i komiksów. Powstanie pełnometrażowego filmu o hollywoodzkim budżecie było kwestią czasu. Czas oczekiwania dobiegł końca, a fani serii mogą poznać losy Calluma Lyncha i jego przodka – Aguilara de Nerhy.

Historia nie będzie niczym nowym dla fanów marki. Główny bohater przetrzymywany jest w siedzibie korporacji Abstergo, gdzie przy pomocy urządzenia znanego jako Animus, przeżywa wspomnienia swojego, żyjącego ponad 500 lat wcześniej, przodka. Wszystko to, aby odnaleźć prastary artefakt znany jako Jabłko Edenu, który można wykorzystać do kontroli nad ludzkością.

assassins-creed-gallery-03-gallery-image

Nic dziwnego, że Assassin’s Creed był wyczekiwany przez wszystkich. To była najlepiej zapowiadająca się adaptacja gry komputerowej od bardzo dawna. Za kamerą zasiadł utalentowany reżyser Justin Kurzel, a przed nią występowali aktorzy z górnej półki, tacy jak Michael Fassbender, Marion Cotillard, czy nawet nieśmiertelny Jeremy Irons. Wszystko zapowiadało udaną produkcję, przełamanie niesławnej klątwy i zaskarbienie serc widzów. Zamiast tego dostaliśmy kolejny koszmarny film, który zaskakuje swoją nieporadnością.

Często w przypadku ekranizacji spotykamy się z pojęciami, że stworzona została dla fanów materiału źródłowego. Innym razem widzimy, że całość w stosunku do oryginału jest zmieniana i uproszczana, aby lepiej dotrzeć do nowego odbiorcy. Nie mam pojęcia, w którą z opcji Assassin’s Creed celował, ale wiem, że nie trafił w żadną. Znajomość serii nie uratowała mnie od uczucia zagubienia, jakie towarzyszyło mi przez cały seans. Twórcy starają się wyjaśnić każdy element, jednak nie starcza im na to czasu, więc jedynie zmieniają narrację w bełkot. Nie wyobrażam sobie, jak musieli czuć się ludzie, dla których to był pierwszy kontakt z marką. Najlepiej moje słowa podkreśli fakt, że pierwsze co pojawia się po logach producentów to… ściana tekstu.

assassins-gallery-gallery-image

Fabularnie nie należy tu szukać niczego logicznego i spójnego. Wiele jest tu niedopowiedzeń, błędów i luk. Postacie są dwuwymiarowe, a obsada, chociaż znakomita, niewiele może na to poradzić. Głównego bohatera nie da się polubić, sprawia wrażenie ignoranta, do którego szybko zaczyna się czuć niechęć.

Nie jest też dobrze w przypadku wątków dziejących się w piętnastowiecznej Hiszpanii, odtwarzanych przez Animusa. Tych scen jest niewiele, a niemal wszystkie to sekwencje akcji To nie wpływa dobrze na budowanie postaci. Co gorsza, wszyscy mówią tam po hiszpańsku (co jest zbędne – już w pierwszej grze serii jest wytłumaczone, że Animus na bieżąco tłumaczy wszystko na angielski), w wyniku czego anglojęzyczny Fassbender prawie się nie odzywa, a o postaci Aguilara wiemy jedynie, że biega, skacze i zabija ludzi.

Assassin's Creed

W związku z powyższym już tylko jedna rzecz jest w stanie podciągnąć trochę ocenę filmu, czyniąc go zdatnym do oglądania – akcja. Jeśli jesteście miłośnikami długich ujęć połączonych z dobrą choreografią walk, to szukajcie tego gdzie indziej. Tutaj każda scena cierpi przez ogrom cięć i trzęsienie kamerą. Wszystkie pojedynki są kiepsko zaprojektowane, a praca kamery uniemożliwia jakiekolwiek skupienie się i śledzenie tego, co dzieje się na ekranie. W ten sam sposób obrywa się wszystkim elementom kaskaderskim, których nie sposób docenić przez ciągłe zmiany ujęć.

Na koniec nie mógłbym nie wspomnieć o brutalności filmu, a raczej jej braku. Film otrzymał kategorię wiekową PG-13, a twórcy kurczowo się tego trzymają. Za każdym razem, gdy ma się stać cokolwiek krwawego, kamera szybko odwraca oczy, żeby przypadkiem nie wpaść w kategorię R. O ile w normalnych warunkach nie byłoby to tak irytujące, o tyle tutaj mamy do czynienia z materiałem na podstawie gier dozwolonych od lat 18. Stronienie w tym przypadku od brutalności jest nie na miejscu.

Assassin's Creed

Tak o to kolejna nadzieja na dobrą adaptację naszego ukochanego medium legła w gruzach. Nawet zdolny reżyser (odpowiedzialny chociażby za Makbeta) ze świetną obsadą, w której znaleźli się Michael Fassbender (znany chociażby z Makbeta), Marion Cotillard (grająca w Makbecie) i Jeremy Irons (który wyjątkowo w Makbecie nie grał) nie podołał powierzonemu mu zadaniu. Pozostaje nam czekać na kolejny growy film, czyli prawdopodobnie Tomb Raidera (istnienie kolejnej części Resident Evil przemilczę). A szkoda, bo zapowiadało się naprawdę dobrze.

Ocena końcowa: 2/10.

PS. Film nie ma sceny po napisach, więc jak chcecie od razu wyjść, to wychodźcie śmiało.

Written by: Gość

Nasz fanpage